Ad. 2. Ustatkować sie
Tutaj należy zacząć od 14 lutego 2008 i mojego niecnego planu zastąpienia komerchy zwanej ValentinesDay na Zaręczyny … i słynnego już „…y … nie wiem” przyszłej „bride”.
Plan zrodził się w połowie stycznia i szybko zaczęła się jego realizacja.
Pierścionek, aranżacja lokalu (dzieki znajomej przygotowane miałem wszystko wczesniej), kwiaty i cała otoczka.
Oczywiście namówienie kobiety na „reumatische kolacjone” w Walentynki to juz była inna sprawa, ale udało mi się ja podejść i (chyba) bez wiekszych podejrzeń (z tego co wiem i tak już była zrezygnowana brakiem wcześniejszych kroków z mojej strony) zgodziła się. D-Day, spacer – kolacja – i przed podwieczorkiem nastąpiłą ta chwila… Niby wyjście do toalety i …. Akcja ! „Rybka” przyszłej narzeczonej, gdy zauważyła mnie wchodzącego na salę z kwiatami, moje niezliczone zapasy waty w kolanach, przyklęk, pytanie i ….. „…y … nie wiem”
Tak. Proszę Państwa Kobieta Moja Osobista, w momencie gdy ja „cały zlany potem” pytałem się czy zechce stać się w niedalekiej przysżłości częścią życia mego na tym łez padole (po wcześniejszym nakarmieniu i napojeniu niskoprocentowym trunkiem), z należytą starannością wypowiedzi usłyszałem odpowiedz „nie wiem”…
Na szczęście moje przyszła żona szybko zareagowała i wyrecytowała korekte zmieniając odpowiedż na bardziej konkretną – inaczej mówiąc akceptującą pozytywnie moją ustną aplikacje.
A jako, że rzecz ta miała miejsce w obecności innych gości restauracji, świadków mam
[BTW. świadków, jedna kobieta po moich oświadczynach klepła znacząco w ramię swego partnera ze słowami: "widzisz, patrz i sie ucz..."]
… to be continued …